Friday, August 7, 2009

Minister Grad I Rzad Tuska przymierza się do sprzedaży KGHM perly w koronie Polskiej gospodarki

Minister Grad I Rzad Tuska przymierza się do sprzedaży KGHM perly w koronie Polskiej gospodarki
Józef Czeczerski, przewodniczący Sekcji Krajowej Górnictwa Rud Miedzi NSZZ Solidarność przy KGHM Polska Miedź (2009-08-07) Aktualności dnia

Zapisz-suchaj
Związki zawodowe w obronie Polskiej Miedzi - część 1


Kopalnia rudy miedzi



W obronie KGHM
Przedstawiciele związkowców z KGHM podpisali wczoraj w Lubinie petycję do premiera Donalda Tuska o zaniechanie prywatyzacji kombinatu miedziowego. Ich zdaniem, pozbycie się kontroli nad spółką niesie za sobą m.in. zagrożenie likwidacją tysiąca miejsc pracy. Apel ma związek z projektem prywatyzacji autorstwa ministra Skarbu Państwa, w którym jest mowa o sprzedaży akcji miedziowej spółki. Podczas wczorajszego spotkania ze związkowcami swoje poparcie w tej sprawie (składając podpisy) zadeklarowało również pięciu parlamentarzystów z Dolnego Śląska: Piotr Cybulski (PiS), Elżbieta Witek (PiS), Marzena Machałek (PiS), Janusz Mikulicz (PO) oraz poseł Lewicy Ryszard Zbrzyzny. Jedynie obecna na spotkaniu posłanka Ewa Drozd (PO) na razie nie poparła protestu. Tymczasem minister skarbu Aleksander Grad zapowiedział wczoraj, że będzie "twardo" bronił programu prywatyzacji zakładającego m.in. sprzedaż akcji KGHM.
Perła w koronie

Jednym z sygnałów świadczących o przygotowaniach do prywatyzacji największych zakładów z branży energetycznej była uchwała podjęta 29 mają tego roku przez zarząd Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) – polskiego strategicznego operatora systemu przesyłowego.

Dotyczyła ona projektu konsolidacji grupy kapitałowej PGE, który zakłada stworzenie w Elektrowni Bełchatów sześciu koncernów. Trzy mają zająć się wytwarzaniem energii: energetyka konwencjonalna, energetyka atomowa oraz energetyka odnawialna, kolejne trzy zaś hurtowym rynkiem energii, dystrybucją energii i sprzedażą detaliczną. W skład tworzonego konsorcjum mają wejść wszystkie elektrownie, elektrociepłownie i kopalnie będące w PGE, czyli elektrownia i kopalnia z Bełchatowa i Turowa, elektrownia Opole oraz elektrociepłownie z Lublina, Rzeszowa, Dolnej Odry, Bydgoszczy i Gorzowa.

– Rada nadzorcza Elektrowni Bełchatów, w której są ludzie z nominacji PO, upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu: po pierwsze – poprzez ogłoszenie nowego projektu zwiększyła się potencjalnie wartość zakładu, po drugie – dało to możliwość do wymiany całego zarządu Elektrowni Bełchatów – wyliczają związkowcy.

PGE Elektrownia Bełchatów jest największą polską elektrownią i jednocześnie największą w Europie elektrownią cieplną. Jej wartość oceniania jest na ponad 3 miliardy złotych, ale na ukończeniu są obiekty, które zostaną oddane do użytku na przełomie 2010/2011 i które znacznie podniosą wartość spółki.

Trzęsienie ziemi w zarządzie bełchatowskiej elektrowni nastąpiło drugiego lipca, kiedy to obradująca w Warszawie rada nadzorcza Elektrowni Bełchatów podjęła decyzję o zdymisjonowaniu dotychczasowego prezesa elektrowni Krzysztofa Domagały. Nieoczekiwanie zastąpił go kojarzony z PO prezes kopalni Jacek Kaczorowski, który nadal jest jednocześnie szefem Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie. Z zarządu elektrowni odwołano także Bolesława Cirkosa i Henryka Koprka, których zastąpili Roman Forma i Tadeusz Witos. W składzie zarządu pozostało dwóch dotychczasowych, delegowanych przez załogę członków – Waldemar Szulc i Wojciech Marszałek.

Nieoczekiwana zmiana zarządu doprowadziła do wrzenia wśród pracowników bełchatowskich zakładów – na terenie elektrowni zebrało się ponad pół tysiąca pracowników, którzy głośno wyrazili swoje niezadowolenie. Ostro zareagowali także związkowcy, którzy zażądali natychmiastowych rozmów.

– Zmiana zarządu wybranego w konkursie jest decyzją czysto polityczną. Nie możemy się temu przyglądać spokojnie – mówi Andrzej Nalepa, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego bełchatowskiej elektrowni.

Już wiadomo, że jeżeli nowe władze nie podejmą rozmów z pracownikami, zostanie ogłoszony strajk.

Grad do dymisji?

– Jeśli do końca sierpnia nie uda się dokończyć z sukcesem sprzedaży stoczni arabskiemu inwestorowi, minister skarbu Aleksander Grad pożegna się ze swoim stanowiskiem – zapowiedział kilka dni temu premier Donald Tusk.

Jednak według naszych rozmówców z PO, to nie sprawa stoczni była pretekstem do takiej wypowiedzi premiera, ale fakt, że dziennikarze poznali plany prywatyzacyjne rządu.

Po awanturze, która rozpętała się w związku z zapowiedziami ministra Grada, przedstawiciele PO w rządzie zaczęli łagodzić stanowisko dotyczące prywatyzacji, a winą za zamieszanie obarczają ministra skarbu.

„Minister Grad zrobił spis firm, które w perspektywie mogą być prywatyzowane. To nie jest rządowy plan prywatyzacji, choć niestety tak to zostało zrozumiane. Grad powinien przekazać listę premierowi, a nie ogłaszać ją w mediach. Nie można sprzedawać KGHM czy koncernu paliwowego Lotos tylko z tego powodu, że budżet potrzebuje pieniędzy. To decyzja rządu o znaczeniu strategicznym. Trzeba mieć pomysł na prywatyzację, wiedzieć, co chcemy osiągnąć, nie tylko w wymiarze finansowym, ale i społecznym – czy KGHM ma być sprzedany na polskiej giełdzie, czy szukamy inwestora strategicznego. Nie można podejmować takiej decyzji ad hoc. Na Dolnym Śląsku zlikwidowano już kopalnie w Wałbrzychu i powstał ogromny problem społeczny” – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” szef MSWiA Grzegorz Schetyna.

Wicepremier wywołał spore zamieszanie, otwarcie krytykując swojego kolegę z rządu.

Zaraz po ogłoszeniu planów prywatyzacyjnych, wśród których znalazł się KGHM, wicepremier Schetyna zajął zdecydowane stanowisko: – Prywatyzacja KGHM oczywiście nie wchodzi w grę. To jest nasza obietnica wyborcza i w tej kadencji nie ma na to szans – mówił twardo szef MSWiA.
– To demontaż tego planu ze strony wicepremiera Schetyny – krytykował tę wypowiedź kilka godzin później na antenie TVN24 europoseł PO Janusz Lewandowski, jeden z najbliższych współpracowników Donalda Tuska.

Następnego dnia wicepremier Grzegorz Schetyna zmienił zdanie, stwierdził, iż nie jest przeciwnikiem sprzedaży miedziowego giganta, ale pod warunkiem, że prywatyzacja będzie dobrze przygotowana.

Pod młotek

Najwięcej obaw budzi fakt, że do sprzedaży mają być wystawione firmy, które znalazły się na liście spółek strategicznych. Spis powstał w wyniku ustawy z 3 czerwca 2005 roku o szczególnych uprawnieniach skarbu państwa oraz ich wykonywaniu w spółkach kapitałowych o istotnym znaczeniu dla porządku publicznego lub bezpieczeństwa publicznego. Znajdują się na niej firmy, w których państwo powinno zachować pakiet kontrolny. W odniesieniu do tych przedsiębiorstw minister posiada także szczególne uprawnienia nadzorcze: ma na przykład prawo zgłaszania sprzeciwu wobec niektórych uchwał i czynności prawnych podejmowanych przez ich organy statutowe. W 2008 roku gabinet Tuska przyjął nową listę spółek strategicznych. Po ujawnieniu planów prywatyzacyjnych rządu okazuje się, że wszystkie firmy, które mają być sprzedane, znajdują się na aktualnej liście spółek strategicznych.

Jak ustalił „Dziennik”, rząd chce sprzedać następujące spółki i udziały:

Branża energetyczna:
Enea – dystrybutor energii, 15 proc. udziału w rynku
Tauron – największa w Polsce grupa energetyczna z południa kraju
Polska Grupa Energetyczna – strategiczny operator systemu przesyłowego
Energa – jedna z czterech wielkich grup energetycznych
Zespół Elektrowni Pątnów–Adamów–Konin – drugi co do wielkości w Polsce producent energii elektrycznej, wytwarzanej z węgla brunatnego

Branża chemiczna:
CIECH – lider europejskiego rynku chemicznego, ok. 3,5 mld zł rocznego przychodu czterech największych producentów nawozów w Polsce

Udziały:
Giełda Papierów Wartościowych
Kopalnia LW Bogdanka – 65,5 proc. akcji lidera rynku węgla kamiennego
Lotos SA – ponad połowę akcji posiada Nafta Polska, blisko 7 proc. – skarb państwa
KGHM – 41 proc. akcji ma skarb państwa

Dorota Kania

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak to kiedyś było

Prywatyzacja, która rozpoczęła się po 1989 r., należy do najgorszych przedsięwzięć w całym minionym 20-leciu, a głównymi jej autorami byli przede wszystkim ludzie z PRL-owskich służb specjalnych i ich następcy z UOP, WSW, potem WSI.

W lutym 1989 r. z Narodowego Banku Polskiego wydzielono dziewięć banków komercyjnych: Bank Przemysłowo-Handlowy, Powszechny Bank Kredytowy, Bank Zachodni, Wielkopolski Bank Kredytowy, Bank Gdański, Powszechny Bank Gospodarczy w Łodzi (PBG), Bank Depozytowo-Kredytowy w Lublinie (BDK), Pomorski Bank Kredytowy w Szczecinie (PBKS) i Bank Śląski. Banki te szybko znalazły inwestorów zagranicznych, wprowadzono je na giełdę i sprywatyzowano.

Równie kontrowersyjna była prywatyzacja polmosów, hut i innych zakładów. Najwięcej krytyki zebrał Program Powszechnej Prywatyzacji, czyli NFI, której autorem był Janusz Lewandowski. Prywatnym firmom zarządzającym funduszami oddano kontrolę nad spółkami i przedsiębiorstwami państwowymi, które szybko ograbione zostały z majątku, a zatrudnieni w nich tracili pracę. Po czym sprzedawano je za bezcen lub likwidowano. Nadzór właścicielski nad prywatyzowaną gospodarką był pozorny.

Naciski ministra skarbu na KGHM?

"Nasz Dziennik": Minister skarbu Aleksander Grad domagał się przesunięcia przez zarząd KGHM wypłaty dywidendy za 2007 roku na styczeń 2008 roku - mówi Jerzy Żyżyński, były członek Rady Nadzorczej spółki. Odmowa wykonania tego polecenia była głównym powodem usunięcia ze stanowiska prezesa Krzysztofa Skóry. »

Ministerstwo Skarbu Państwa wywierało nacisk w sprawie dywidendy KGHM Polska Miedź, sugerując, by wypłatę olbrzymich środków przesunąć na styczeń. Dlaczego? Zasilony w ten sposób zostałby budżet rządu premiera Donalda Tuska. Gdy prezes KGHM Krzysztof Skóra odmówił, następnego dnia był wniosek jednego z członków rady nadzorczej, by program posiedzenia uzupełnić o zmianę na stanowisku prezesa
Rząd chciał się podratować dywidendą KGHM





Z prof. Jerzym Żyżyńskim, kierownikiem Zakładu Gospodarki Publicznej na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, byłym członkiem rady nadzorczej KGHM Polska Miedź, rozmawia Małgorzata Goss

Twierdzi Pan, że kierownictwo resortu skarbu działa nieetycznie i niezgodnie z dobrymi praktykami biznesu. Skąd tak surowa ocena?
- Nie wiem, kto w ministerstwie skarbu odpowiada za konkretne decyzje. W swojej ocenie kieruję się wyłącznie tym, co udało mi się zaobserwować na przykładzie KGHM, gdzie, można by powiedzieć, stosowałem tzw. metodę naukową obserwacji uczestniczącej, czy na przykładzie PZU - w tym przypadku możemy kierować się wyłącznie tym, co do nas dociera za pośrednictwem mediów. Działania podjęte przez ministra Aleksandra Grada w kwestii PZU nie zasługują na pozytywną opinię. Zresztą poprzedniego kierownictwa w tej kwestii też nie oceniam wysoko, z tym, że nie wiemy, co by robili dalej, gdyby nie stracili władzy, uzyskali już przecież jakieś ustępstwa ze strony holenderskiej firmy inwestycyjnej, która zgodziła się na wyjście z PZU. A powinna być wyrzucona za złamanie prawa i zapłacić Polsce odszkodowanie. Co zaś do ministra Aleksandra Grada, to gdy mówi, że odejdzie od drenażowej polityki ściągania dywidendy ze spółek skarbowych, to za to stawiam mu dobrą ocenę. Są pewne elementy w zapowiedzianej strategii, których nie można źle opiniować.

Jakie Pan wyniósł doświadczenia z tej "obserwacji", uczestnicząc w pracach Rady Nadzorczej KGHM?
- Przede wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że jest to szósty na świecie producent miedzi i drugi srebra, wydobywa też złoto, metale rzadkie takie jak ren czy kobalt, a jest też jednym z największych producentów soli kamiennej. Zysk KGHM jest tego rzędu, co PZU, czyli z grubsza miliard euro rocznie. Olbrzymi potencjał, ale i wielki problem. KGHM jest kolejnym przykładem źle przeprowadzonego przekształcenia. Jest to typowa spółka surowcowa. Wydobywa w kopalniach rudy miedzi i przetwarza ją na metale. To gigantyczna praca wymagająca zatrudnienia tysięcy ludzi - KGHM jest największym pracodawcą w regionie. Dzięki firmie powstały i żyją całe miasta. Przekształcając ją z przedsiębiorstwa państwowego, zapomniano, że dla każdej spółki surowcowej okres koniunktury i wysokiej dochodowości jest zawsze ograniczony do czasu, aż te surowce się skończą, co nieuchronnie musi kiedyś nastąpić. Sama dochodowość jest też kwestią swego rodzaju ruletki, jaka ma miejsce na giełdach surowcowych. A przecież, jeśli spółka stała się dla regionu ośrodkiem jego rozwoju i racją bytu dla tysięcy mieszkańców, to po zakończeniu przez nią okresu prosperity nastąpi nieuchronnie regres i katastrofa ekonomiczna dla całego regionu, a tysiące ludzi straci pracę. Tego rodzaju regionalna spółka nie powinna być zatem spółką publiczną, dostępną w obrocie giełdowym, bo po co? Nie powinien w niej siedzieć Skarb Państwa w osobie ministra finansów patrzącego przez pryzmat interesów budżetu państwa, by pozyskiwać dywidendy, lecz powinna być spółką zamkniętą, o własności ograniczonej do takich podmiotów regionalnych, które byłyby w stanie zrealizować jakąś perspektywiczną koncepcję wykorzystania zysków koncernu na przestawienie gospodarki regionu na inne, niezależne od jego aktualnej produkcji, dziedziny gospodarcze. Po to, by zapewnić w przyszłości byt regionowi. Tu chodzi o tysiące ludzi.

Wynika z tego, że w procesie przekształcania tej spółki zabrakło myśli strategicznej?
- Ano właśnie. Trzeba przyznać, że zwolniony niedawno prezes zaczął realizować strategię idącą w tym kierunku, powołując Legnicki Park Technologiczny, który jest - co warto podkreślić - wspólnym przedsięwzięciem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego oraz Politechniki Wrocławskiej. To daje jakąś szansę tworzenia bazy na przyszłość.

Dlaczego zatem rada nadzorcza zwolniła prezesa?
- Większość rady doszła do wniosku, że dla dobra firmy nie jest pożądany konflikt między prezesem a głównym akcjonariuszem w osobie ministra skarbu, że dla uspokojenia atmosfery lepiej, by kierowanie spółką przejął któryś z wiceprezesów. Pamiętajmy, że rada nadzorcza działa nie w interesie prezesa czy ministra, lecz w interesie spółki i jej akcjonariuszy - wszystkich akcjonariuszy. W KGHM Skarb Państwa to tylko nieco ponad 40 proc., co jednak daje mu głos decydujący. Jak się pani może domyślać, przyczyna konfliktu tkwiła po stronie ministra czy wiceministra skarbu - bo nie wiemy, kto faktycznie decydował - i wynikała z jego niekompetencji. Obserwowaliśmy bezprzykładny atak na prezesa, włącznie z przesłaniem z ministerstwa do rady paszkwilu na niego, jak się potem okazało, ze sfałszowanym podpisem pewnej osoby. Czyją to metodą było propagowanie fałszywek?

Było to podstawą odwołania szefa jednej z największych firm?
- Zapytaliśmy prezesa, co jego zdaniem jest przyczyną konfliktu z ministrem skarbu. I dowiedzieliśmy się rzeczy doprawdy karygodnej. Nie każdy wie, choć prasa o tym pisała, że wypłata dywidendy przez KGHM za 2006 r. została zablokowana w lipcu 2007 r. przez protest jednego z akcjonariuszy i sąd odblokował ją dopiero w połowie grudnia. I co się oto stało? Jak nam zeznał prezes, minister zadzwonił do niego z sugestią, by wypłatę tych olbrzymich środków przesunąć na styczeń. Dlaczego? Łatwo się domyślić. Wtedy zasilony zostałby budżet rządu premiera Tuska. To by mu zmniejszyło deficyt, podczas gdy wypłata w 2007 r. oznaczała zmniejszenie deficytu rządu premiera Kaczyńskiego. Prezes oczywiście odmówił, bo to byłoby ze szkodą dla firmy, zwiększyłoby jej majątek zaksięgowany w roku 2007, od czego trzeba by zapłacić podatek. Poza tym byłoby to wbrew interesom innych akcjonariuszy. Gdy odmówił, to następnego dnia poszedł wniosek jednego z członków rady, by program posiedzenia uzupełnić o zmianę na stanowisku prezesa. Ten człowiek zrobił to nie z własnej inicjatywy, lecz za namową wiceministra w zamian za dżentelmeńską obietnicę pozostawienia go w radzie nadzorczej. I oczywiście, gdy potem radę odwoływano, człowiek ten został w sposób typowy dla tego rodzaju "dżentelmenów" usunięty.

Przesunięcie wypłaty dywidendy to rzeczywiście poważna sprawa...
- Niektórzy członkowie rady uważali, że prezes popełnił błąd, nie składając doniesienia do prokuratury, bo minister wyszedł poza swoje uprawnienia i usiłował skłonić prezesa do działań szkodliwych nie tylko dla firmy, ale i dla pozostałych akcjonariuszy. Czy to było przestępstwo, czy nie - mam na ten temat niejednoznaczne opinie, ale z pewnością działania te były wysoce nieetyczne.

Rada nadzorcza odwołała jednak prezesa, a potem przyszła kolej na odwołanie członków rady...
- Tu nastąpiła druga odsłona prawdziwego oblicza "dżentelmenów". Oto ogłoszono, że wymienią przedstawicieli Skarbu Państwa w radzie, a że ma być apolitycznie, zatem ogłoszą konkurs. Ja się oczywiście na to nie dałem nabrać, bo teoria zarządzania mówi, że konkursy to albo świadectwo nieudolności i niekompetencji administracji zarządzającej, albo mydlenie oczu społeczeństwu, bo wiadomo, że wybrani w konkursie będą ci, którzy z góry zostali namaszczeni, albo narzędzie swego rodzaju terroru administracji wobec zarządów - robiąc co parę lat konkursy, trzyma się w szachu wybranych w tych konkursach, by administracji nie podskoczyli, bo w następnym konkursie nie przejdą. Ale tu mieliśmy bardzo osobliwe przedstawienie. Ogłoszono, że minister robi konkurs na wymianę maksymalnie czterech członków rady nadzorczej, bo posiadając 40 proc. akcji, ma prawo do wyboru czterech ludzi w dziesięcioosobowej radzie. I oto, gdy odbywało się zwołane w tym celu nadzwyczajne walne zgromadzenie, przedstawiciel skarbu, korzystając z okazji, że na takie z nagła zwołane walne zgromadzenie przybywa tylko mała część akcjonariuszy, ogłosił i przegłosował sobie wymianę sześciu członków rady!

Sześćdziesiąt procent rady, gdy akcji ma tylko czterdzieści procent? Odwołał nawet tych niezależnych?
- Ano właśnie. I to jest druga część mojego stwierdzenia. Jest to sprzeczne z elementarnymi zasadami tak zwanych dobrych praktyk, jest to też sprzeczne z interesem pozostałych akcjonariuszy, bo usunął niezależnych członków rady. Mam nawet opinię, że takie działania powinny być unieważnione przez sąd. Ale to jest też sprzeczne z podstawowymi zasadami dobrego zarządzania. Nie może dobrze funkcjonować przemysł, którego zarządy i rady nadzorcze wymieniane są, gdy tylko wiatr polityki inaczej zawieje. Elementarna wiedza i odpowiedzialność wskazywałyby na to, by stabilizować zarządy, a rady zmieniać, zachowując co najmniej połowę ich członków; myślę nawet, że wymiana co najwyżej jednej trzeciej byłaby bardziej racjonalna. Dlaczego? Ano dlatego, że rada wspiera zarząd swym kontrolnym działaniem i reprezentuje akcjonariuszy. A po to, by to efektywnie robić, trzeba poznać firmę, nawiązywać kontakty z pracownikami, wgłębić się w jej działanie, poznać różne sprawy zakulisowe itd. Nauczenie się tego wymaga czasu. Wymiana praktycznie całej rady, bo pozostali tylko przedstawiciele załogi, to przejaw nie tylko niekompetencji, ale i nieodpowiedzialności. No, ale to już są tacy ludzie. Czy chodzi tu o dobro polskiej gospodarki?

A kogo Pan wini za te decyzje?
- Decydentów. Trudno tu wymienić jakieś nazwiska. Są różne pogłoski co do rzeczywistych decydentów w ministerstwie skarbu, mówi się nawet, że minister i jego wiceminister to tylko figuranci, a za wszystkim stoją pewne grupy wpływu, nacisku. Co do tych hipotez trudno się wypowiadać, jeśli byłyby prawdziwe, to świadczyłoby to bardzo źle o stanie polskiej polityki i demokracji. Ja im raczej nie daję wiary.

Liczył Pan na to, że pozostanie w radzie jako jej członek niezależny?
- Co do tego to nie miałem złudzeń. Ja oczywiście jako pierwszy byłem kandydatem do "rżnięcia watahy", jak to uroczo i z wielką kulturą powiedział pewien polityk PO, bo przecież jestem konsekwentnym demaskatorem niekompetencji polityków, w tym głównie Platformy Obywatelskiej, bo tam tej niekompetencji jest najwięcej. Ostatnio np. znowu wyciągnęli z szafy podatek liniowy. Nie chcą się uczyć, choć ostrzegałem ich wielokrotnie, że jest to rozwiązanie szkodliwe dla gospodarki. Udowodniono to, są prace naukowe na ten temat, wypowiedziało się w tej sprawie wielu ludzi mądrzejszych i godniejszych ode mnie. A oni swoje! Jakoś tak przychodzi mi do głowy powiedzenie Konfucjusza, że "w zbutwiałym drewnie rzeźbić się nie da".

1 comment:

Oliwier said...

tym samym czasie heh, Jan Kulczyk. inwestuje w rope i zbija kokosy Czyli jednak da sie zarobic na suowcach. Czemu KGHM nie potrafi?